„Wygrać z rakiem” to niewielkich rozmiarów książka, ale nie liczba stron, lecz zawartość się liczy. Autorem jest Anatol Rybczyński wyjątkowy badacz zagadnień onkologicznych, który tym zagadnieniom poświęcił ponad 50 lat swojej praktyki zawodowej. Choć wydanie datowane jest na 2007 rok, to treść spisywana była w latach 90. XX wieku (Anatol Rybczyński zmarł w 2001 roku w wieku 92 lat). Do jego śmierci naukowcy zwalczali jego tezy bez podawania kontrargumentów (mimo że Rybczyński posiadał potężny bagaż spisanych wykonanych profesjonalnie eksperymentów na zwierzętach, jak i dużo ponad tysiąc wyleczonych pacjentów z nowotworem).
Przeczytałem już dziesiątki książek o tematyce zdrowia, ale pierwszy raz trafiłem na taką, którą czyta się jak świetny kryminał, gdzie spisano zawodowe życie autora i jego zmagania z próbą zrozumienia istoty chorób nowotworowych. Prowadził on własne indywidualne śledztwo. Mając dostęp do ludzkich tkanek nowotworowych, od 1949 roku prowadził badania na zwierzętach. Umożliwiło to dojście do zaskakujących wniosków!
Jak powstaje nowotwór złośliwy
Po pierwsze nie każdy guz jest nowotworem, więc i pochodzenie może mieć różne (np. otorbiony pasożyt, którego organizm pozbyć się nie mógł, więc go odizolował – nawet tak oczywiste wytłumaczenie bywa trudne do przyjęcia przez naukowców skorumpowanej medycyny XXI wieku). Ale Rybczyński zajmował się głównie nowotworami złośliwymi. Podsumowując: jego głównym wnioskiem był fakt, iż nowotwór złośliwy to nic innego jak wysoko rozwinięta grzybnia penicillium, na co miał liczne dowody. Problem w tym, że krótko przed rozpoczęciem jego badań rozpowszechniły się pierwsze antybiotyki, a one właśnie oparte były na tym mikroorganizmie (w walce grzybów/pleśni z bakteriami zazwyczaj wygrywają te pierwsze).
Wczesne formy zarodnikowe były w tamtym czasie trudne do wykrycia ze względu na niewystarczające możliwości mikroskopów. Z kolei tradycyjna procedura hodowli (wymazowej) mikroorganizmów na płytkach Petriego z podłożem agarowym polegała zwykle na odczekaniu 3 dni i sprawdzeniu, co wyrosło. Pleśnie penicillium z wczesnej fazy rozwojowej potrzebują znacznie więcej czasu, aby zauważyć ich wzrost na płytce – co było (i zapewne wciąż jest) często w laboratoriach ignorowanym faktem. Grzyb, to forma już wysoko rozwinięta (wzrost na organizmie żywym może wymagać nawet miesięcy – w tym czasie organizm broni się, jak może, ale przy osłabionym układzie odpornościowym człowieka mogą niektóre narządy zostać porośnięte przez takie grzyby jak penicillium czy np. candidę) i różni się od jednokomórkowców tym, że ma złożoną postać w tym ukorzenienie jak i końcówki z zarodnikami. I to według Rybczyńskiego te zarodniki są powodem przerzutów w organizmach o osłabionej odporności.
Autor prowadził eksperymenty skrupulatnie, w tym z użyciem grup kontrolnych. Wyhodowane na płytce z raka pleśnie wszczepiał zwierzętom, co powodowało powstanie w tym miejscu stanów zapalnych i objawów często wyglądających jak rozwój nowotworu.
W dalszej części książki opisano sposób dojścia do wyprodukowania leku stymulującego organizm do walki z nowotworem, a także dziesiątki stron opisów przypadków pacjentów wyleczonych przez Rybczyńskiego.
ANRY – cud z natury i dyskusja z autorem
Badania i wnioski Rybczyński wyciągnął w czasach socjalizmu, kiedy Polska nie była pod wpływem zachodnich koncernów farmaceutycznych, a żywność, woda i powietrze nie były tak zatoksycznione, jak obecnie. A to wszelkiego rodzaju chemikalia (w tym nawozy, konserwanty, mikroplastik, metale ciężki i leki w wodzie i mięsie) mocno obniżają możliwości obronne organizmu, przez co określa się je często mianem potencjalnie lub bezwarunkowo przyczyniających się do powstania nowotworów.
I tu można się z autorem kłócić według zasady: co było pierwsze – jajko czy kura? Ale to tylko dyskusja teoretyków. Praktyka interesuje zaś to, co z tego wynika. Czyli osłabiony organizm nie jest w stanie się wystarczająco bronić, wówczas jednym z ostatnich etapów jest występowanie grzybni penicillium. Cechą charakterystyczną dla życia na ziemi jest przetwarzanie głównie martwej tkanki przez wszelkiego rodzaju grzyby i pleśnie (to swojego rodzaju recykling życia).
Oczywiście współczesna nauka zna setki rodzajów nowotworów, sporo genów sprzyjających ich powstawaniu (sprzyjających – to nie znaczy, że ktoś obowiązkowo zachoruje!). A tkanka nowotworowa to dla nich zmieniona genetycznie (zmutowana) własna tkanka człowieka, którą organizm z powodu tej mutacji traktuje jako obcą – stąd nazwa nowy twór. Badanie porównawcze mocno rozwiniętych grzybni penicillium (hodowla wielomiesięczna) wykazywało podobieństwo wizualne do cech, jakimi charakteryzują się wycięte guzy złośliwe.
Naukowcy wiedzą (choć większość to przemilcza), iż przerzuty powstają przez migrację zmutowanych komórek macierzystych (a te nie poddają się leczeniu nawet ciężką, zatruwającą organizm chemią).
Z obu punktów widzenia niezależnie czy przerzut to pojawienie się w innych narządach macierzystych komórek nowotworowych (jak się wydostały z guza? najczęściej po jego przedziurawieniu przez lekarza, który chce zaspokoić swoją ciekawość – na co trafi w środku), czy też wg Rybczyńskiego z powodu wędrówki zarodników pleśni z krwią – to w obu przypadkach można uznać, że są to formy niezniszczalne dla współczesnej medycyny. W tym zakresie Anatol Rybczyński próbował zabić pleśnie gotując w formalinie, zalewając wodą królewską (ślinie żrąca mieszanina kwasów), a także próbując wyżarzyć w temperaturach 1000-2000 stopni Celsjusza – bez skutku! Jednak przy okazji tych eksperymentów okazało się, że w bardzo wysokiej temperaturze grzybnia przekształcała się do twardej masy przypominającej po ostudzeniu szkło – a analiza widmowa pokazywała, że dominującym składnikiem tej postaci jest krzem. I to było kluczem do sukcesu.
Pierwsze eksperymenty polegały na podawaniu krzemu chorym zwierzętom i ludziom, jednak dawka okazała się za duża, pojawiały się nawet zgony. Po uwzględnieniu w dalszych eksperymentach mniejszych dawek Rybczyński doszedł do wniosku, że dawki wręcz homeopatyczne zjonizowanego roztworu krzemu dały najlepszy rezultat. I w ten sposób powstał preparat ANRY (od ANaltol RYbczyński). Analiza jego składu przez instytucje państwowe wykazywała, że to zwykła woda destylowana. Z tego względu nie zarejestrowano tego preparatu jako leku, co martwiło Rybczyńskiego – ale z dzisiejszego punktu widzenia to najlepsze rozwiązanie, nikt bowiem nie zabroni sprzedawać czegoś w rodzaju suplementu o przebadanym braku toksyczności. Choć Rybczyński już nie żyje, to jego spuściznę przejęła wieloletnia współpracowniczka Wiesława Tomczak, u której można nabyć ten preparat za niewygórowaną cenę (obecnie pod nazwą ANTY-T).
Według Rybczyńskiego chorzy na raka powinni przyjmować ten preparat raz na 15 miesięcy (podawanie częściej może prowadzić do nadmiernych efektów ubocznych rozpadu guza), a po dojściu do zdrowia, profilaktycznie raz na 6 miesięcy, aby zapobiec wznowom (badanie krwi osób, które w pełni wyzdrowiały z raka wykazywało zawsze istnienie pleśni – w pełni nie da się więc jej pozbyć z organizmu).
W książce podano wiele przykładów skutecznego zastosowania ANTY także w innych trudnych przypadłościach.
Podsumowanie i dalsza dyskusja z autorem
Żeby nie traktować Rybczyńskiego jako wroga medycyny, należy podkreślić, że był zwolennikiem wycinania guzów w całości (o ile się dało), łącząc te zabiegi chirurgiczne z podawaniem ANRY.
Jako że autor nie żyje, nie może odpowiedzieć na pojawiające się wątpliwości. Po pierwsze oprócz opisu wielu udanych procesów leczenia pacjentów (typowe dla medycyny komplementarnej chwalenie się sukcesami) zapewne istniało pewne grono tych, których wyleczyć się nie dało. Jaki był faktyczny odsetek wyleczonych? Nikt nie oczekuje 100 procent ani od preparatu ANRY ani od najnowszych terapii chemią/radioterapią – nikt nie twierdzi, że ma skuteczny sposób na nowotwory złośliwe.
Po drugie – jego pacjenci żyli w czasach, gdzie środowisko naturalne nie nastręczało tak dużo problemów utrudniających funkcjonowanie układu odpornościowego, jak ma to miejsce obecnie. Dlatego sensownym mogło być wówczas zalecenie, aby stosując ANRY nie używać innych metod medycyny naturalnej, cytując:
„Nie należy równocześnie stosować leczenia cytostatykami ani antybiotykami. W żadnym wypadku nie wolno 'doleczać’ chorych takimi nagminnie stosowanymi środkami jak: nafta, kit pszczeli, mikroelementy, torf, huba, aloes, pokrzywa, skrzyp polny, jemioła, zioła tybetańskie, zioła szwedzkie itd. Nie należy też podawać szklankami soku z marchwi i buraków oraz soku z kiszonej kapusty i kiszonych ogórków, jak również zdrojowych wód mineralnych. Środki te (…) zawierają aktywny krzem”.
Tu była główna obawa o to, że wyniki stosowania ANRY byłyby zaburzone, a dawka krzemu za duża – co mogło prowadzić do zbyt gwałtownej reakcji z powodu nagłego rozpadu guza. Podobne obawy ma twórca wody (plazmowanej) o podwyższonej zawartości tlenu singletowego, gdzie wody tej nie należy stosować dziennie więcej niż 200 ml z tego samego powodu.
Obecnie niestety mamy gorszą żywność, ale jednocześnie wiele nowocześniejszych preparatów, które mogą ułatwić działanie poprawiające stan układu odpornościowego. Pojawia się więc pytanie, na które autor już nigdy nie odpowie, które z metod mogłyby być stosowane, np. podniesienie do odpowiedniego poziomu witaminy D czy stosowanie przeciwutleniaczy takich jak witamina C (nie posiada w swoim składzie krzemu). A jeśli przyjąć, że guzy wewnątrz rozwijają się w środowisku kwaśnym, beztlenowym – a ich rozpadowi zwykle towarzyszy ogromna liczba wolnych rodników, to witamina C powinna być podstawą, aby jako przeciwutleniacz te wolne rodniki neutralizować, co pozwoli na szybsze dojście organizmu do homeostazy bez procesu nadmiernego zatrucia, którego obawiał się Rybczyński.
Kolejne pytanie to czy współczesna medycyna nie zna środków mogących wesprzeć ograniczenie grzybic układowych? Bo ten temat Rybczyński pominął, a mamy obecnie leki przeciwgrzybicze oraz nowoczesne terapie ozonowania krwi (a wiemy, jak bardzo skuteczne jest ozonowanie pomieszczeń celem pozbycia się z nich pleśni).
Pytań jest oczywiście więcej, ale fakt pozostaje bezsporny – nie można przejść obojętnie obok tezy o penicillium i homeopatycznej postaci krzemu, którą można by zastosować, jeśli lekarze nie mają już nic sensownego do zaoferowania.

