Zwiedzanie Włoch – czy może być coś piękniejszego niż Wenecja?

Canal Grande - WenecjaOstatni dzień spędzony we Włoszech był niezwykle intensywny. Rano pobudka, śniadanie hotelowe i wyprowadzka. Zwalnialiśmy pokoje, ale jeden (przewodniczki) był jeszcze na kolejną dobę wynajęty i tam zanieśliśmy bagaże. Czekał nas jeszcze cały dzień wrażeń. Początek dnia (po wczorajszej wieczornej imprezce i krótkim śnie) nie należał do najłatwiejszych, ale szybko uroki miejscowości turystycznej, poranne słońce i perspektywa kolejnej wycieczki sprawiły, że organizm złapał jeszcze odpowiednią dawkę adrenaliny i hormonów szczęścia 🙂

Po ogarnięciu się, wyruszyliśmy na przystanek autobusowy, gdzie odebrał nas specjalny autobus dowożący na przystań, gdzie o 9:30 wyruszyliśmy statkiem na pełne morze, płynąc wzdłuż wybrzeża. Poniżej zdjęcie z momentu wypływania z Jesolo.

Nabrzeże Jesolo - wycieczka do WenecjiWycieczkowy statek był dwupoziomowy, część z nas wybrała górny otwarty pokład, aby podziwiać wszystko dookoła i skorzystać z porannego słońca (siedząc w bezruchu, w klimacie otwartego morza nie dało się odczuć upału, można się było przyjemnie wygrzewać). Kurs w jedną stronę trwał 50 minut (bilet mieliśmy wykupiony w obie strony włącznie z dowozem autobusowym na przystań, koszt 25 euro). Muszę przyznać, że po wypłynięciu na falujące morze, początkowo momentami mocno bujało, trzeba się było trzymać, gdy akurat bujanie statku zsynchronizowało się z falą Adriatyku. Im wyżej na statku jesteśmy, tym bardziej odchylenia są odczuwalne – dlatego w drodze powrotnej wybraliśmy dolny pokład, gdzie odczuwało się tylko łagodne kołysanie.

Naszym celem była Wenecja, już z daleka było widać jej nabrzeżne budowle, poniżej panoramiczne zdjęcie, widok z morza. A na dwóch kolejnych zdjęciach widać, jak dopływamy do miejsca przycumowania blisko wejścia do jednego z licznych kanałów tego miasta na wodzie.

Wenecja - widok z AdriatykuNabrzeże w WenecjiNabrzeże w WenecjiI tak oto około godziny 10:30 byliśmy już na lądzie i całą ekipą udaliśmy się nabrzeżem na spotkanie z naszą przewodniczką – Polką mieszkającą od wielu lat we Włoszech i specjalizującą się w oprowadzaniu po Wenecji. Muszę przyznać, że nabrzeże i widoki wokół zrobiły na mnie ogromne wrażenie i to w pełnym letnim słońcu – to był ostatni dzień sierpnia, upał z upływem czasu trochę dawał się nam we znaki, ale woda, którą każdy miał pod ręką sprawdzała się znakomicie. Poniżej dwa ujęcia z trasy przy brzegu. Architektura ciekawa, budowle mieszane z różnych okresów historycznych, a po drodze trochę stoisk dla turystów (lody, pamiątki, knajpki). Przy okazji pamiątek warto wspomnieć, że Wenecja słynie nie tylko z kanałów, ale i z wszelkiego typu masek karnawałowych – to najlepsze miejsce, aby coś ciekawego dla siebie zakupić.

Nabrzeże w WenecjiNabrzeże w WenecjiCo pewien czas wchodziliśmy na łukowate mostki, pod którymi znajdowały się dopływy kanałów prowadzące z miasta nad brzeg morski. Poniżej widok z takiego mostka.

Wenecja - kanałyI kolejny widok, tym razem udało się uwidocznić most westchnień. To przejście między dwoma dawnymi urzędowymi budynkami, gdzie skazani przeprowadzani byli po ogłoszeniu wyroku z sal sądowych do więzienia. Podobno przy tym zakratowanym oknie mogli ostatni raz na wiele lat (lub dożywotnio) zobaczyć słońce i kawałek wolnego świata, poczuć świeże powietrze (ciężko przy tym wzdychając), gdyż w celi już nie mieli takiej możliwości.

Wenecja - most westchnieńOdwracając się o 180 stopni, nieco dalej można było podziwiać przystanie dla gondoli (skąd można się wybrać na wycieczkę, półgodzinne wynajęcie jej, to koszt 80 euro, mieści się na niej maksymalnie 6 pasażerów). Jeszcze dalej na nabrzeżu było też miejsce dla bogatszych łodzi.

Wenecja - gondoleWenecja - gondoleWenecja - przystań dla łodziWieża na placu świętego Marka w WenecjiWarto wiedzieć, że Wenecja to miasto faktycznie zbudowane na wodzie, miliony drewnianych bali wbitych w dno stanowią jego podstawę. Po pewnym czasie zanurzenia w wodzie morskiej takie słupy utwardzają się, są jak skamieniałe. Na nich budowano podkłady drewniane, pokryte warstwami smoły, nie zapominając o specjalnych systemach dwukierunkowego odprowadzania wody. To nie klasyczna kanalizacja lecz zbiór małych otworów, które w zależności od pogody (opady deszczu) i przypływów potrafią opróżniać place i uliczki, jak i je zalewać. Mieliśmy okazję doświadczyć tego, choć na drobną skalę, kiedy już po spotkaniu się z przewodniczką (i podpięciu swoich aparacików słuchowych) dotarliśmy na plac świętego Marka, którego historia sięga aż IX wieku. Główną atrakcją na placu jest bazylika świętego Marka i to przed jej wejściem (gdzie kilkanaście minut czekaliśmy w kolejce – w tym czasie należało też zdążyć skorzystać z przechowalni bagażu, bo z plecakami nie wolno było wchodzić – nie było z tym problemu np. w Rzymie i Watykanie) mieliśmy okazję podziwiać sam szczyt przypływu (w dzień przed nowiem księżyca). Naocznie dało się zauważyć powiększającą się kałużę przed wejściem do bazyliki, woda wypływająca z jednego z otworów w ziemi w pewnym momencie stała się na tyle uciążliwa, że obsługa bazyliki musiała przy wejściu ułożyć specjalną kładkę.

W trakcie oczekiwania w kolejne mogliśmy podziwiać architekturę bazyliki od zewnątrz (patrz zdjęcia poniżej), a także inne budowle, jak choćby odbudowaną wieżę (w miejscu wcześniejszej, która się zawaliła), której fotografia znajduje się po prawej stronie.

Wenecja - bazylika świętego MarkaWenecja - bazylika świętego MarkaNa samym placu jest znacznie więcej atrakcji, dlatego jest on tak zatłoczony, że wyjątkowo nie obciąłem na fotce tłumu turystów (co starałem się czynić przy pozostałych zdjęciach).

Wenecja - plac przed bazyliką świętego MarkaDookoła spacerować można, natykając się na najdroższe sklepy (z drogimi zegarkami, nieziemsko drogą kawiarnią – z wieloletnią tradycją), nawet lody były droższe od tych spotykanych w popularnych miejscach Rzymu. Plac upodobały sobie także gołębie i na nie trzeba uważać, żeby nas nie zanieczyściły swymi odchodami… Tak, widzieliśmy jednego turystę, który na miejscu przepierał swą koszulkę…

Po wyjściu z Bazyliki udało nam się trafić na atrakcję, na wieży biją dzwony, a my byliśmy tam w samo południe, kiedy biją najdłużej i to nie jednocześnie. Są zsynchronizowane i uruchamiają się kolejno. Na poniższym zdjęciu widać wielki zegar i dzwony z rzeźbami na samym szczycie.

Wenecja - zegar i dzwony na placu przed bazyliką świętego MarkaOczywiście Wenecja, to nie tylko nabrzeże i ten wielki plac, dlatego wyruszyliśmy wgłąb miasta, przechadzając się niezwykle wąskimi uliczkami, co chwile mijając jakiś kanał.

Kanały w WenecjiUdało nam się trafić na samotnie przycumowaną gondolę i z bliska obejrzeć, jak wygląda bez turystów i gondoliera.

Gondola w WenecjiA swoją drogą to obecnie zawód gondoliera wymaga długich praktyk, zdania egzaminu i otrzymania licencji, a ich liczba jest limitowana. Obecnie pływa po Wenecji zaledwie kilkaset, podczas gdy we wcześniejszych wiekach pływało kilka tysięcy. Obecnie są też motorówki jako źródło transportu wodnego, bo warto sobie uświadomić, że w Wenecji nie ma samochodów! Nawet jako karetki wykorzystuje się łodzie motorowe, które dowożą do szpitala położonego nad jednym z kanałów. I tu ciekawostka, wejście do tego szpitala uznawane jest za najpiękniejsze na świecie:

Wenecja - najpiękniejsze na świecie wejście do szpitalaNiedaleko przed wejściem do szpitala na środku placu św. Jana i Pawła stoi pomnik Colleoniego, postawiony tam pod koniec XIII wieku. Zwróciłem na niego szczególną uwagę (bo we Włoszech pomników jest cała masa), gdyż w moim rodzinnym mieście Szczecinie mamy kopię tego pomnika wykonaną w 1913 roku 🙂

Pomnik Colleoniego na placu św. Jana i Pawła w WenecjiZabytków i kanałów było znacznie więcej, ale nie chcę nimi zanudzać czytelników, podobnie jak nie chciała przesadzić nasza miejscowa przewodniczka, z którą rozstaliśmy się po niedługim, acz intensywnym zwiedzaniu i mieliśmy godzinkę tzw. czasu wolnego do spędzenia w okolicach największego kanału w Wenecji – mowa o Canal Grande mającym szerokość między 30 a 70 metrów. Jego zdjęcie zaprezentowałem na początku wpisu.

Nieopodal tego kanału znajduje się mnóstwo sklepików, stoisk dla turystów, a kawałek obok jest inny kanał (na zdjęciu poniżej) i targ rybny.

Wenecja - kanał przy targu rybnymCo prawda rybami handlują wczesnym rankiem, więc widzieliśmy jedynie ludzi kończących sprzątanie części rybnej targu, którym towarzyszyły nieliczne mewy liczące na odpadki po rybach. Ale czynne były jeszcze stoiska z owocami – to mój żywioł (do tego stopnia, że zaaferowany nie zrobiłem żadnych zdjęć). Muszę przyznać, że tanio nie było – kupiliśmy między innymi morele (3,90 euro za kg pyszne, słodkie!) i winogrona bezpestkowe ciemne (4 euro/kg), które jadłem tam pierwszy raz. Wcześniej miałem okazję w Polsce kupować tylko te zielone, drobne. Te w Wenecji były nie do przebicia! Choć trochę czasu zajęło nam znalezienie ujęcia wody pitnej, żeby owoce przemyć. Po drodze jeszcze skorzystaliśmy ze stoiska z owocami już obranymi gotowymi do spożycia, trzymanymi w lodówce – 2 euro za orzeźwiający kubek z pokrojonymi kawałkami arbuza, melona i ananasa przy takim upale (w okolicach 35 stopni w cieniu) po prostu wymiata!

Ogólnie w Wenecji jest mało sklepów ogólnospożywczych i mają mały wybór towarów – bo jest tam mało lokalnych mieszkańców – z powodu tłumu turystów, wysokich cen i braku samochodów.

Potem wróciliśmy jeszcze na plac św. Marka, żeby dokładniej zwiedzić wszystkie jego zakamarki i okolice no i nadszedł czas, aby udać się w drogę powrotną na statek, który miał odpłynąć o godzinie 17-tej. Oczywiście udało nam się zwiedzić tylko jedną część Wenecji, ale taki był napięty plan. Trudno jest przekazać w tym wpisie wszystkich odczuć związanych ze zwiedzaniem, ale w mojej ocenie ten ostatni dzień wycieczki był najlepszy – bo Wenecja jest nie do pobicia! Piękno w pełnej gamie, ponoć poza sezonem turystów jest mniej, no i upał tak nie doskwiera, warto w każdym okresie zwiedzić to miasto zakochanych.

Powrotna podróż statkiem (już na pokładzie dolnym, krytym) pozwoliła nam odpocząć, potem kilka minut autobusem w pobliże naszego hotelu, gdzie w restauracji czekała na nas obiadokolacja przed powrotem do Polski, ale to już osobna historia, którą opowiem w podsumowującym tygodniową podróż wpisie.

Facebooktwittergoogle_plus

20 komentarzy

  1. Beata 18 lutego 2017 Odpowiedz
  2. La Blonde Vita 19 lutego 2017 Odpowiedz
  3. Ela 19 lutego 2017 Odpowiedz
  4. Matka-kura 19 lutego 2017 Odpowiedz
  5. BrB Adventures 20 lutego 2017 Odpowiedz
  6. Baba Jedna 20 lutego 2017 Odpowiedz
  7. Marcela 20 lutego 2017 Odpowiedz
  8. chaos.w.podrozy 20 lutego 2017 Odpowiedz
  9. Kasia 20 lutego 2017 Odpowiedz
  10. Asia 20 lutego 2017 Odpowiedz
  11. Aleksandra 23 lutego 2017 Odpowiedz
  12. Fru 23 lutego 2017 Odpowiedz
  13. Natalia 23 lutego 2017 Odpowiedz
  14. Ada 26 lutego 2017 Odpowiedz
  15. Sławka 11 marca 2017 Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge