W co warto inwestować? Część 2

W co warto inwestowaćNadszedł październik nazywany miesiącem oszczędzania. O samym oszczędzaniu już sporo pisałem, dziś więc ciąg dalszy fascynującego świata pieniędzy, czyli jak nie dać się wyrolować podczas inwestowania. W pierwszej części starałem się wyjaśnić, jaka jest różnica między oszczędzaniem a inwestowaniem i do czego potrzebne nam owo inwestowanie. Podałem też różnice między doradcą finansowym a inwestycyjnym, było też nieco na temat ryzyka inwestycyjnego. Dziś nieco więcej szczegółów o rynku kapitałowym, czyli głównie o akcjach i giełdzie.

Rynek akcji, czyli słów kilka o giełdzie

 Zarówno samodzielne inwestowanie na giełdzie (akcje, obligacje, certyfikaty) jak i za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych wiąże się z ponoszeniem nie tylko ryzyka ale i kosztów najczęściej niezależnych od możliwego do otrzymania zysku. W temacie funduszy opisałem to szczegółowo w osobnym artykule.

Z akcjami jest nieco inaczej. Jeśli kupimy papiery danej spółki i trzymamy nawet kilka lat, to zapłacimy prowizję tylko na początku za zakup i na końcu za sprzedaż tych akcji. W przypadku funduszu, pobiera on coroczną marżę za zarządzanie (od 1% do nawet ponad 4% rocznie!), nawet jeśli nic nie robią i też przetrzymują latami akcje dobrej spółki (choć w praktyce coś tam robią, dużym portfelem i zapewnieniem płynności finansowej nie jest łatwo zarządzać).

Średnia wartość prowizji od samodzielnego zlecenia kupna lub sprzedaży akcji wynosi w polskich biurach maklerskich 0,39%, niby niewiele, ale wszystko zależy od tego, jakim graczem jesteś. Jeśli intensywnie zmieniasz spółki w swym portfelu, to takich operacji może być w roku sporo i okaże się, że również jakieś 4% poświęciłeś na same prowizje (wiele analiz z zakresu psychologii inwestowania wykazuje, że w większości ci, którzy dużo czasu poświęcają analizom spółek i mają lekką przewagę wiedzy nad inwestorami długoterminowymi, to i tak z powodu częstszych operacji kupna/sprzedaży w długim czasie wcale więcej nie zyskują z powodu rosnących z każdą operacją ogólnych kosztów prowizji).

Jeśli nie jesteś zawodowym inwestorem, to lepiej skupić się na inwestowaniu długoterminowym opartym o analizę fundamentalną (czyli należy poznać perspektywy na przyszłość w oparciu o obecny stan i wycenę spółki, której akcje chcemy posiadać, a dopiero potem podjąć decyzję, czy będzie ona warta tego, aby jej akcje stabilnie rosły w górę w najbliższym dość długim okresie).

To niełatwe zadanie i choć często wsparciem analitycznym mogą być tzw. rekomendacje TFI i Biur Maklerskich, to bywa nierzadko, że podawane tam sugestie co do najbliższej przyszłości są sprzeczne z rzeczywistością już na starcie. Otóż wyobraź sobie, że jakieś TFI chce pozbyć się dużego pakietu akcji danej spółki (bo przewiduje, że już za dużo na nich nie zarobi, a czują, że na innej spółce mogą dużo więcej zyskać i na jej akcje potrzebują gotówki). Jeśli rzucą na rynek w jednym momencie dużo papierów tej (na daną chwilę) przeciętnej spółki, to mocno spadnie cena tych akcji (bo nie będzie wystarczająco dużo chętnych, aby po aktualnej cenie kupić te akcje) i fundusz nie dostanie takiej gotówki, na jaką liczą zarządzający. Ale co będzie, jeśli wydadzą rekomendację „kupuj”, pokazując w dobrym świetle tę spółkę (choć faktycznie może ona nie być zgniłym jajem, ale też i bez dużych perspektyw na dalsze wzrosty) – wtedy tłum ruszy do kupowania i TFI powoli będzie wyzbywać się swojej puli tych akcji, nadzorując przy tym, aby cena nie schodziła za mocno w dół. Czy jest to prawdopodobne? Nawet bardzo! Autor blogu 10 procent rocznie przeanalizował w 2015 roku 15 tysięcy rekomendacji wydanych na przestrzeni ostatnich 10 lat przez ponad 40 różnych instytucji i wyszło mu, że między losowo wybraną spółką kupioną na pół roku a taką na podstawie rekomendacji różnica na korzyść tej drugiej opcji wyniosła 0,76% – to żadna przewaga, jeśli uwzględnić, że po pół roku trzeba automatycznie sprzedawać takie papiery. Częste operacje na akcjach powodują wzrost kosztów, co doprowadza do nieopłacalności takiego postępowania.

Zapamiętaj więc, że czytać rekomendacje w zakresie analizy danych warto, ale już do opinii typu „kupuj” nie należy przykładać dużej wagi, chyba że postanowimy grać przeciwnie, bo mamy już w portfelu takie akcje i zaczekamy, gdy po wydaniu rekomendacji wzrosną jeszcze o jakieś 2-3%, wówczas możemy sprzedać, bo to może być moment nasycenia wśród kupujących, potem być może nastąpi marazm i małe obroty na papierach tej spółki. To nie reguła, ale warto mieć na uwadze takie zagrywki.

W obecnych czasach trzeba również uwzględnić dużą siłę wpływu handlu automatycznego na zmiany cen akcji na giełdzie. To komputery handlujące na dużą skalę na podstawie algorytmów, które posiadają tę przewagę nad inwestorami indywidualnymi, że działają błyskawicznie i do tego przy niższych prowizjach! Dlatego nie tak łatwo, jak jeszcze 10 lat temu, jest zarabiać, opierając się na analizie technicznej (zmianach trendów i zachowań rynku, które niby da się wyczytać z historycznych wykresów).

Pamiętaj, że oglądanie wykresów i układanie kresek (linii trendu, wsparć itp.) nie tylko ma związek wyłącznie z historią, a nie przyszłością, ale i nie zawsze bywa czytelne nawet historycznie. Przykładem mogą być spółki dywidendowe, czyli takie, które wypłacają właścicielom akcji co roku (czasem w kilku ratach) pewną kwotę (dywidendę) zależną od poziomu zysku wypracowanego przez spółkę. W związku z tym kwota ta jest w pewnym momencie na wykresie odejmowana od aktualnego kursu i może wyglądać, jak nagły spadek cen tych akcji. Jeśli ktoś nie zauważy, że to z powodu dywidendy, może źle technicznie ocenić zachowanie się cen spółki i odpuści dobrze rokujące akcje.

 Inwestycyjne powiedzonka

 A teraz, żeby nadal nie było zbyt łatwo – dwie bardzo znane porady, a do tego niezbyt ze sobą spójne. Pierwsza z nich „Bój się gdy inni są chciwi, bądź chciwy gdy inni się boją” sugeruje, że warto kupować akcje, gdy pospadały już solidnie i wszyscy się boją tego, że nie wiadomo, kiedy przestaną spadać. Tu trzeba mieć wyczucie, bo jest też teza o tym, aby „nie łapać spadającego noża”, bo jak w życiu, można się poharatać – krótko mówiąc, gdy akcje spadają i to dość dynamicznie, to nie mamy pewności, że kupujemy wtedy po atrakcyjnej cenie, bo za pewien czas możemy się dopiero przekonać, jak jeszcze bardziej obniżyły się ceny tych akcji (spadający nóż).

Na pewno dobrze jest kontrolować sytuację, gdy już sporo ceny akcji pospadały (trwa tzw. bessa), by zdążyć nabyć je, zanim „pociąg odjedzie”, czyli gdy szybko zaczną one drożeć, bo np. większość graczy uzna, że kryzys gospodarczy został już zażegnany. Z kolei nie ma sensu kupować wtedy, gdy od długiego czasu trwa hossa i akcje już tak mocno drożeją, że wszyscy o tym usłyszeli.

Jeśli taksówkarz lub fryzjerka mówią Ci, że teraz warto kupować akcje – to czas, żeby je sprzedać (to moment, gdy „inni są chciwi”). To znak, że są zbyt drogie ceny, taka napompowana sztucznie bańka czasem pęka, a z nią ulatują zyski, marzenia o dalszych wzrostach, a często też spora część zainwestowanego kapitału. Nie ma gry bez ryzyka – trzeba tylko nauczyć się je kontrolować.

Giełdowy złośliwy karzeł

 Co jeszcze warto wiedzieć – akcja akcji nierówna i nie chodzi tu tylko o nazwy spółek i ich różne rodzaje działalności. Na Giełdzie Papierów Wartościowych oprócz parkietu głównego (z którym powinien nam się kojarzyć taki zestaw oznaczeń jak WIG20, MidWig40 itp.) jest jeszcze rynek równoległy NewConnect z raczej mniejszymi spółkami, do tego mniej płynnymi (trudniej sprzedać, nie zaniżając ceny akcji), a przede wszystkim niemającymi tak dużych wymagań sprawozdawczych, jak te spółki z głównego parkietu.

I niestety w naszym kraju to duże poletko do nadużyć, wprowadzania na parkiet giełdowy szumnie młodych niby „prężnych” spółek, które tylko w dniu debiutu są coś warte, a po roku, dwu latach okazują się gniotami niewiele wartymi. Jako początkujący inwestor powinieneś się wystrzegać kupna akcji z NewConnect.

Obligacje korporacyjne – Rynek Catalyst

Wykorzystując konto maklerskie, możemy handlować nie tylko akcjami, ale i obligacjami, w tym obligacjami korporacyjnymi. To papiery spółek, które mają z góry określony termin ważności i dają nam (podobnie jak na lokatach bankowych) odsetki wypłacane co kwartał (czasem co pół roku). Odsetki (kupony odsetkowe) mogą mieć wartość stałą lub zmienną (jak kredyty, gdzie mamy zależność odsetek od wskaźnika WIBOR ustalanego przez banki). Choć zwykle oprocentowanie jest tu wyższe od najlepszych ofert lokat bankowych, to trzeba mieć świadomość ryzyka, bo nie funkcjonuje tu zabezpieczenie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Rynek Catalyst, na którym obraca się obligacjami korporacyjnymi (i papierami emitowanymi przez banki, samorządy) to niełatwe miejsce do inwestowania ze względu na zbyt częstą niewypłacalność emitentów. Warto tu przy okazji zapoznać się z artykułem na temat Indeksu Default Rate.

Wiele podstawowych informacji na temat obligacji korporacyjnych można otrzymać dzięki nowemu poradnikowi, który dostępny jest za darmo na dedykowanym tym papierom blogu.

Sam musisz zadbać o strategię inwestycyjną

Pamiętaj, że to, co do tej pory omówiłem, to ledwie czubek góry lodowej. Jeśli chodzi o giełdę, trzeba stale podnosić swoją wiedzę i doświadczenie, a ten blog nie jest instruktażem, jak stworzyć swój system inwestowania.

A taki system warto mieć (najlepiej samemu wypracować), bo pozwala nas uchronić przed nieprzemyślanymi decyzjami zwykle podejmowanymi na podstawie emocji. W inwestycjach emocje nie są Twoim sprzymierzeńcem. Strategia inwestycyjna powinna uwzględniać wiele aspektów takich jak choćby poziom ryzyka i płynności rynku, horyzont inwestycyjny (inaczej patrzy się na portfel planowany na 2 lata, a inaczej na 10 lat), dywersyfikacja portfela (nie ładuj się z całym kapitałem w jedną nawet najlepszą spółkę, rozłóż ryzyko na kilka lub skorzystaj z funduszy indeksowych typu ETF, które dostępne są na giełdzie i reprezentują pewien już zdywersyfikowany portfel akcji) itp.

Niestety w Polsce wciąż rynek ETF kuleje (mały wybór, mały obrót przekładający się na zauważalną różnicę cen kupna i sprzedaży jednostek), ale jest pewne światełko w tunelu (ale czy plany wejdą w życie?), co nie znaczy, że rozwiązanie typu ETF zawsze będzie rewelacją: tu porównanie ETF na WIG20 z funduszem odzwierciedlającym mWIG40 czyli wskaźnik średnich kapitałowo przedsiębiorstw w Polsce.

W strategii na pewno uwzględnia się także otoczenie rynkowe, czyli wiadomości z gospodarki, bo spółki nie są od rynków odizolowane (wystarczy przeanalizować giełdę polską na tle zagranicznych w okresie zmian władzy – przejęcie przez PiS nie wpłynęło pozytywnie na rynek większości spółek).

Z drugiej strony cała sztuka polega tu na odpowiednim odcięciu się od szumu informacyjnego. Bo podobnie jak w analizie technicznej (oglądaniu się wstecz na kurs akcji) jednocześnie może istnieć zbyt wiele sugestii, z których tylko niewielka część się sprawdzi (i to ma potwierdzać rzekomo skuteczność przewidywania przez nią przyszłości), tak w przypadku innych wskaźników, ich odczytów okresowych itp. mamy tego całą masę i wiele z nich na dłuższą metę niewiele znaczy.

Zdecydowanie należy się tu odciąć od opinii tych, którzy na potrzeby wywiadów w mediach coś tam spekulują na temat owych odczytów (poziomu zatrudnienia w USA, poziomu inflacji i stóp procentowych itp.) – a jeśli już korzystamy z takich opinii, to weryfikujmy to w wielu źródłach, do których wypracowaliśmy sobie jako takie zaufanie.

Facebooktwittergoogle_plus

5 komentarzy

  1. Dawid Machalica 5 października 2016 Odpowiedz
  2. Natalia 11 października 2016 Odpowiedz
  3. Karolina Kary B. 26 grudnia 2016 Odpowiedz
  4. piotr 26 grudnia 2016 Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge