O zdrowych warzywach i owocach + tester azotanów

Tester azotanów Soeks Ecovisor F4W przypadku żywności wysoko przetworzonej to raport Najwyższej Izby Kontroli wyraźnie pokazuje, że w Polsce nie jest wesoło pod względem zdrowotnym tego typu żywności.

Jeśli dodać do tego raportu wyniki innej kontroli, gdzie okazało się, że w co trzecim sklepie możemy natknąć się na oszustwo w aspekcie podawania kraju pochodzenia towarów, to również nie wygląda to ciekawie…

Zdrowe produkty spożywcze to zwykle te nieprzetworzone, pochodzące z natury. Choć mowa tu będzie głównie o warzywach i owocach, to nie zapominajmy też o orzechach i nasionach (i wytłaczanych z nich olejach), jajkach czy choćby wciąż niedocenianych grzybach (choć nie wszystkie sprzedawane pochodzą z lasu).

Inspiracją do tego wpisu było zagadnienie żywności bio/eko kontra zwykłe produkty oraz sprawa testera azotanów.

Przykładowo jaja kurze mają cztery kategorie oznaczeń: najgorsze są „3” pochodzące od kur chowu klatkowego, które słońca nigdy na oczy nie widziały i w ścisku są przemysłowo hodowane. To najtańsze hipermarketowe jaja, których nie polecam. Nieco więcej swobody życiowej mają kury żyjące na ściółce (sklepy oferują jaja jako oznaczone „2”), a najlepiej żyje się kurom z wolnego wybiegu – te oferują nam jaja oznaczone jako „1” (jedynki) lub „0” (zerówki) gdy dodatkowo karmione są ekologiczną paszą (od certyfikowanych dostawców). Ich cena jest dużo wyższa od „klatkowych”, ale zdecydowanie polecam właśnie zerówki!

Co to są produkty bio i eko?

Produkty bio/eko często mają zamienne nazewnictwo, choć w praktyce chodzi o to, że owe produkty powinny mieć najwyższe standardy produkcji ekologicznej. A najlepiej, żeby nie były one dostarczane z drugiego końca świata, jeśli mają swoje lokalne odpowiedniki. Do takich absurdów niestety dochodzi np. w Lidlu, gdzie w kraju słynącym z jabłek wiosną spotykałem jabłka bio pochodzące z Ameryki Południowej (okres wiosna/lato 2019, zimą widziałem włoskie)… Z drugiej strony Lidl wciąż stara się być na czasie, choćby wprowadzając biodegradowalne opakowania oparte o kukurydzę.

Nie do końca jest też tak, że produkty bio/eko w 100% pozbawione są oprysków w trakcie ich uprawy, raczej przy ich produkcji stosuje się ograniczone ilości środków ochrony roślin czy sztucznych nawozów. Niestety normy w poszczególnych krajach bywają różne i to też trzeba mieć na uwadze, podobnie jak to, że w niektórych przypadkach stosowane środki chemiczne fałszywie posiadają informacje producentów o rzekomej ich biodegradowalności. Przykładem może być słynny Roudup zawierający glifosatAustria już go w całości zakazuje, inne kraje Europy ograniczają do wybranych zastosowań, ale Polska przekupna nic sobie z tego trującego środka nie robi…

Każdy chyba zna stwierdzenie typowego rolnika, że to co ma w ogródku, to na jego potrzeby, a to co rośnie na polu (niby marchew z tych samych nasion), to nie do jedzenia – tylko na sprzedaż… Więc tam według niego może być stosowane wszystko, co tylko w sklepie ogrodniczym znajdzie do przyspieszenia wzrostu swych plonów, bo ma taki rolnik płacone za każdy kilogram roślin… a nie za ich naturalną jakość.

Takich produktów nie chcemy i powinniśmy od nich stronić w sklepach, wtedy ich właściciele sami będą musieli zastanowić się, czy warto im sprzedawać tani kiepskiej jakości produkt (silnie zanieczyszczony).

Ogólnie można powiedzieć, że w rolnictwie wykorzystywane są dwa podstawowe typy chemii: nawozy (celowo nazywane sztucznymi – bo daleko im do natury) oraz środki ochrony roślin (wszelakiego typu ochrona przed szkodnikami, grzybami itp.).

Nawozy sztuczne to najczęściej kilka wyselekcjonowanych makroelementów (azot, potas, wapń), wśród których zwykle brakuje magnezu, o czym już dziesiątki lat temu sygnalizował profesor Julian Aleksandrowicz. Ziemia intensywnie uprawiania i bez płodozmianu i nawożenia naturalnego staje się wyjałowiona, więc zaczyna brakować w niej nie tylko tych makroelementów, ale i licznych nie mniej ważnych dla zdrowia mikroelementów. Ponadto takie silne nawożenie związkami azotu sprawia, iż rośliny rosną nienaturalnie szybko i obficie, mając w sobie przy tym mniejszą zawartość witamin, niż było to kiedyś.

Oczywiście produkty ekologiczne też potrafią być dobrze wyrośnięte, ale gdy eko-rolnik potrafi je odpowiednio uprawiać (nawożenie np. sproszkowaną skałą wulkaniczną, dodawanie Efektywnych Mikroorganizmów (EM – to takie probiotyki dla gleby), stosowanie specjalnej wody strukturyzowanej, stosowanie oprysków w postaci wyciągów ziołowych itp.). Dlatego nie jesteśmy w stanie odróżnić tych produktów eko na oko, pomóc mogą certyfikaty, ale i tu zdarzają się nadużycia, fałszywki – czyli udawana zdrowa żywność na półkach sklepowych.

Podręczny tester azotanów w żywności

Aby móc jakoś weryfikować jakość warzyw i owoców, wprowadzono testery nieprzetworzonej żywności. W Polsce zauważyłem dostępność tego typu urządzeń dwóch producentów. I postanowiłem przetestować jedno z tych rozwiązań – produkt pochodzący z Rosji, kraju w niektórych aspektach dość wymagającego pod kątem żywności.

Mowa o urządzeniu Soeks Ecovisor F4. Ma ono kilka różnych funkcji, choć podstawowym jest tester poziomu azotanów w nieprzetworzonej żywności (w praktyce mierzy chyba łączną ilość azotanów, azotynów i fosforanów – czyli jest w miarę sensownym wskaźnikiem poziomu nawożenia w przypadku upraw roślin). Oczywiście jest to pomiar na skalę skromnych możliwości półamatorskiego sprzętu. Podawane wyniki powinny być przez nas traktowane jako orientacyjny wskaźnik ewentualnego przesadnego nawożenia, a nie jako rzeczywiste dokładne poziomy, jak z badań laboratoryjnych na sprzęcie wysokiej jakości.

Powyższego zdania nie zrozumieli chyba twórcy negatywnego opisu tego urządzenia. Nie raczyli oni nawet zapoznać się z instrukcją obsługi, gdzie wyraźnie jest mowa o produktach nieprzetworzonych – nie powinno się więc testować nim kiełbas czy różnego typu twarożków… Na zdjęciach tego felernego w skutkach artykułu widać też, że niby fachowcy, a nie raczyli pomyśleć i wykonywali te testy w nieprawidłowy sposób (niektóre elektrody nie są zanurzone w testowanym produkcie, co prowadzi do rażąco zafałszowanych wyników).

Pierwsze, co ja postanowiłem sprawdzić, to właśnie stabilność pomiarową tego urządzenia. Po przeczytaniu instrukcji i kilku własnych eksperymentach z Ecovisor F4 zauważyłem, że stabilność pomiarowa jest stosunkowo wysoka przy zachowaniu kilku ważnych zasad.

Po pierwsze produkt poddany testowaniu musi być całościowo wypełniony, bo wbita w niego sonda (takie dość wypukłe ostrze) z pięcioma elektrodami musi w całości mieć styczność z produktem, a elektrody nie powinny znajdować się w powietrzu. Dlatego np. nie jest łatwo przetestować pustej w środku papryki. Nawet pierwsze dorodne wiosenne truskawki też były w środku częściowo puste i do poprawnego pomiaru należało taką truskawkę przekroić na pół i w tę połówkę wbić poprawnie sondę.

Po drugie należy zachować czystość (opłukać sondę po każdym pomiarze i wytrzeć ją do sucha np. papierowym ręcznikiem), a także zaczekać po wbiciu elektrody na ustalenie się temperatury testowanego produktu. Miernik ma wbudowany termometr i wyświetla zmieniającą się początkowo temperaturę (o ile temperatura pomieszczenia różni się od temperatury produktu). Najszybciej więc mierzy się owoce i warzywa, gdy są one w przechowywane temperaturze pokojowej. W innym przypadku na pomiar trochę trzeba poczekać, aż sonda dostosuje się do temperatury produktu (wszystko widać na wyświetlaczu tego testera, gdzie pokazywana jest między innymi zmieniająca się temperatura na sondzie).

Po trzecie testujemy tylko tę część produktu, którą spożywamy, zatem nie wbijamy elektrod w skórkę od banana, tylko najpierw powinniśmy go z niej obrać, żeby dowiedzieć się o cechach części jadalnej.

Jak w praktyce sprawdza się Soeks Ecovisor F4

Główną choć nie jedyną funkcją tego urządzenia rosyjskiej produkcji jest możliwość testowania zawartości azotanów (prawdopodobnie też włącznie z ilością fosforanów) w nieprzetworzonej żywności. Przykładowo sok wyciśnięty z takiego owocu, choć mało przetworzony, to według producenta urządzenia nie nadaje się do rzetelnego pomiaru.

Po uruchomieniu urządzenia pojawia się menu, z którego na panelu dotykowym (jak w smartfonach) wybieramy ikonkę testowania żywności. W ten sposób wchodzimy w ułożoną alfabetycznie listę produktów (urządzenie oferuje w opcji konfiguracji kilka języków obsługi, w tym język polski). Następnie wybieramy dany owoc lub warzywo (do nawigacji dodatkowo służą oprócz ekranu dotykowego także trzy przyciski znajdujące się pod ekranem) i po zatwierdzeniu urządzenie dokonuje szybkiej kalibracji, a następnie jest gotowe do testu, wyświetlając przy tym normę dla danego produktu (liczba mg azotanów na kg produktu).

Wówczas możemy precyzyjnie wbić do końca sondę pomiarową, tak aby nie było widać na zewnątrz żadnej części z 5 metalowych elektrod. Sprawdzamy ustalenie się stabilnej temperatury na sondzie i naciskamy przycisk uruchamiający pomiar. Trwa on około 3 sekundy, po którym to czasie na ekranie pojawia się wynik oraz odpowiedni kolor tła i komentarz. Na zielono świeci się ekran, gdy wynik jest w normie, na czerwono, gdy normę znacznie przekroczono.

Oczywiście można trafić na roślinę, której na liście nie ma, wówczas wybieramy ustawienie uniwersalne z bardzo niską normą (50 mg/kg – test produktów bezpiecznych dla małych dzieci). I tu pojawia się pytanie, o jakie normy chodzi, kto je ustalał? Przedstawiciel producenta twierdzi, że to wartości kompromisowe na podstawie danych z norm wielu krajów (gdzie każdy z nich może mieć własne poziomy dopuszczalnej dawki azotanów), a być może są to dość restrykcyjne normy rosyjskie. Pamiętajmy, że w tej całej zabawie chodzi o wartości orientacyjne i logiczne dla użytkownika.

Przypuszczam, że w ustalaniu norm ma znaczenie przeciętna porcja produktu, jaką człowiek jednorazowo zwykle spożywa. To dlatego np. jabłka (których zjada się dość sporo wagowo, a do tego rosną na drzewach i stanowią owoc wieloletniej rośliny) będą mieć niższy próg niż rzodkiewka (której zwykle dużo nie zjemy, a do tego to roślina wydobywana z gruntu, często też uprawiana w szklarni, więc podatna na nawożenie).

I tak rosnąco według norm (odczytanych z urządzenia) dozwolonego poziomu azotanów (będących orientacyjnym wskaźnikiem poziomu sztucznego nawożenia roślin) mogę podać listę produktów o tych samych parametrach:

60 mg/kg: arbuz, awokado, brzoskwinia, cytryna, graviola, gruszka, grzyby (fotografia pokazuje pieczarki), gujawa, jabłko, liczi, longan, mandarynka, mango, mangostan, morela, nektarynka, persymona, pigwa, pomarańcza, rambutan, śliwka, winogrona,

80 mg/kg: cebula,

90 mg/kg: grejpfrut, limonka, melon,

100 mg/kg: truskawka,

150 mg/kg: ananas, chlebowiec, durian, kantalopa, papaja, pitaja,

200 mg/kg: banan, czosnek. papryka, mięso, owoce morza,

250 mg/kg: imbir, słodki ziemniak, ziemniaki,

300 mg/kg: bakłażan, kukurydza, pomidor, pomidor koktajlowy,

400 mg/kg: cukinia, marchewka, ogórek,

500 mg/kg: kalafior,

600 mg/kg: wiosenna cebula,

900 mg/kg: kapusta,

1000 mg/kg: czarna rzodkiew,

1400 mg/kg: burak,

1500 mg/kg: rzodkiewka,

2000 mg/kg: sałata, zielenina.

Moje testy owoców i warzyw urządzeniem Soeks Ecovisor F4

Postanowiłem poświęcić nieco czasu na testy warzyw i owoców tak, aby objęły one dłuższy okres. Początek przypadł na najmniej korzystny dla roślin czas czyli wczesną wiosnę, kiedy to nowe rośliny jeszcze (poza szklarniami) nie urosły, a zeszłoroczne są tylko z chłodni/przechowalni czyli swój najlepszy czas mają za sobą. W tym okresie wykonałem sporo pomiarów produktów oznaczanych jako bio i eko (ale też i próbowałem najtańsze towary z półek hipermarketowych, jak i z warzywniaków z dobrą opinią). Następnie testowałem wiosenne i letnie warzywa i owoce, potem też trochę zimową porą dla upewnienia się co do szklarniowych odmian np. ogórków czy pomidorów.

Ogólny komentarz jest pozytywny, to znaczy w stosunku do tego, czego da się dowiedzieć dzięki urządzeniu Soeks Ecovisor F4. Wyniki notowałem skrupulatnie (w tym za każdym razem trzykrotnie powtarzając pomiar, aby uśrednić wynik w sytuacji, gdy te wyniki nieznacznie się różniły), ale tu przedstawię je przedziałowo.

Jabłka – faktem jest, że są różne gatunki, różnie przechowywane, oznaczone bio jak i zwykłe, ale wszystkie mieszczą się w surowej normie, czyli do 60 mg/kg (w praktyce w okolicach tej granicy były zwykłe szare renety, a jabłka bio ze sklepu ekologicznego dały wartość azotanów na poziomie 40 mg/kg).

Banany – tu norma jest wyższa bo aż do 200 mg/kg, a testując różne gatunki (w tym bio z Lidla/Carrefoura) wyniki były między 52 a 160. Tu też oznaczenia bio dawały nieco lepsze wskazania, choć i zwykłe raz się trafiły z bardzo niskim wynikiem.

Pomarańcze – przy surowej normie do 60 mg/kg niektóre były na skraju lub o kilka procent przekraczały tę normę (wyniki przeważnie między 44 a 64 mg/kg). Najlepsze były te ze sklepu ekologicznego (około 33 mg/kg).

Cebula – do ubiegłego sezonu ceny ich były na tyle niskie, że chyba nadmiar wydatków na sztuczne nawozy mijał się z celem, dlatego wynik na poziomie 45 mg/kg (przy normie do 80) wydaje się być oczywisty.

Cytryny – tu wykonałem tylko jeden test ich wersji bio z Lidla: około 65 mg/kg (przy normie do 60), należy więc jeszcze dokładniej zweryfikować ogólną ocenę.

Ogórki – zarówno te szklarniowe (w tym bio) jak i gruntowe testowałem (w tym tak zwane działkowe bez sztucznych nawozów). Wyniki bardzo przyzwoite między 64 a 110 mg/kg (przy normie do 400 mg/kg).

Pomidory – tu wahania procentowo są spore i nie widać nawet jakiegoś klucza co do gatunku, pochodzenia. Wyniki od 108 do 190 mg/kg (przy normie do 300 mg/kg w ogólności mimo sporych wahań rezultaty są ogólnie pozytywne).

Truskawki – tu za dużo nie mierzyłem, ale te przebadane (w tym te z początku sezonu) mieściły się w normie (do 100 mg/kg), będąc w przedziale między 70 a 85 mg/kg.

Rzodkiewka – między 108 a 164 mg/kg czyli bardzo daleko od dozwolonego progu 1500 mg/kg.

Arbuz sezonowy (pochodzenie europejskie, nie testowałem tych mało smacznych gatunków z Ameryki Południowej, dostępnych u nas zimą) – tu największe zaskoczenie na niekorzyść, bo akurat arbuzy zwykle jako mało kaloryczne a smaczne jada się w niemałych porcjach, a niestety normy są przekroczone nawet o prawie 300%! Duża rozpiętość wyników, bardzo dużo pomiarów, kilka gatunków (w tym bezpestkowe) przetestowałem w okresie czerwiec-wrzesień. Przy normie bardzo rygorystycznej (być może gdzieś w niektórych republikach byłego ZSRR takie normy dało się utrzymać) do 60 mg/kg wyniki jakie uzyskałem, były w przedziale między 118 a 236 mg/kg. Akurat te skrajne wyniki dotyczą arbuzów zakupionych w Carrefourze i to w odstępie ledwie 5 dni. Trudno więc też o jakieś reguły zakupowe w tym zakresie.

Gruszki – tu norma też przekroczona (produkt ubiegłosezonowy kupowany na wiosnę), ale dość stabilnie o około 30% (wynik 76-77 przy normie 60 mg/kg). Raz tylko udało mi się dostać sezonowe z sadownictwa lokalnego (postawa właścicieli ekologiczna choć bez certyfikatów) – wynik między 32 a 37 mg/kg.

Największe problemy sprawiają mniej soczyste warzywa, bo pękają podczas próby wicia do końca sondy. Mowa o pietruszce, kalarepie, marchwi. Tu po pierwsze należy zachować dużą ostrożność przy wbijaniu sondy w tak twarde warzywo, aby jej nie ułamać. Po drugie wynik może być obarczony dużo większym błędem, gdyż nie w 100% była uzyskana styczność elektrod z badanym produktem. Do tych warzyw konstrukcja sondy nie jest dobrze zaprojektowana.

Co do kalarepy, to nie ma jej nawet na liście testera, wybrałem więc pozycję domyślną (produkty przyjazne dzieciom) i wynik był około 210 mg/kg (normy brak, ale patrząc na normę czarnej rzodkwi, to całkiem dobry wynik). Z kapustą zupełnie wynik okazał się niewiarygodny (sonda przebija wiele warstw liści), spróbuję jeszcze kiedyś, może w takie miejsce, gdzie da się jednolicie umieścić sondę.

Marchew – zarówno pierwsza wiosenna jak i bio z Lidla w okolicach 70-72 mg/kg (podobnie pietruszka), za to kupiona jako prawdziwa eko w sklepie ekologicznym zaledwie około 28 przy normie aż do 400 mg/kg.

Wśród powyżej testowanych były też najtańsze produkty z hipermarketu i o dziwo nie wypadły gorzej od przeciętnej! Podobno przed 2018 rokiem było znacznie gorzej, ale po rozpowszechnieniu się tego typu testerów, duże sieci musiały zmienić dostawców z korzyścią dla społeczeństwa.

Podsumowanie testów

Należy pamiętać, że tester nie wykrywa zanieczyszczeń typu pestycydy czy zawartość metali ciężkich, a podaje jedynie pośredni orientacyjny wynik poziomu nawożenia azotanami i fosforanami. W tym aspekcie widać, że faktycznie niekwestionowanym liderem była prawdziwa żywność eko z lokalnego sklepu z produktami ekologicznymi, gdzie pracownicy dbają o najlepszą jakość dostaw. Niestety ceny są znacznie wyższe od tych zwykłych warzyw i owoców z sieci handlowych.

A produkty bio z półek sieciowych marketów (mimo że słowa eko i bio stosuje się rzekomo zamiennie) zachowują jedynie przyzwoite wyniki, nieco tylko lepsze (a czasami nawet porównywalne) do zwykłych warzyw i owoców z półek warzywniaka czy nawet tych zwykłych hipermarketowych (stan na 2019 rok, kiedyś była ponoć duża różnica i oferowano gorsze produkty te najtańsze).

Z pewnością jednak w markecie mając do wyboru bio lub zwykłe np. cytryny czy pomarańcze – lepiej wybrać te bio – tu już na pierwszy rzut oka widać, że nie są one dodatkowo pryskane (jest to zaleta jak i wada, bo szybciej pleśnieją ich skórki i trzeba w sklepie każdą cytrynę w siatce obejrzeć właśnie pod tym kątem!).

Facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge