Maria Skłodowska-Curie – krótka recenzja

Maria Skłodowska-CurieFoto: newsweek.pl

Początek 2017 roku obfituje w polskie produkcje kinowe. Tym razem jednak postanowiłem napisać o filmie wyprodukowanym przez ekipy z 4 państw: Belgii, Francji, Niemiec i Polski. Przy czym nasz krajowy wkład nie jest znaczący, jeśli nie liczyć tytułowej głównej bohaterki, którą zagrała Karolina Gruszka.

Film w całości w języku francuskim (z napisami), padają ledwie jakieś dwa zdania po polsku. Konwencja produkcji dość dziwna, bo wybrano dość krótki wycinek życiorysu dwukrotnej polskiej noblistki z okresu między otrzymaniem pierwszej i drugiej nagrody Nobla.

Co prawda pokazano dość poprawnie specyfikę pracy naukowców, ich pasję, zaangażowanie, lecz w dużym stopniu te badania naukowe były samym pretekstem do ukazania tamtych czasów (początku XX wieku), walki kobiet o swoje prawa. A przede wszystkim w filmie najmocniej zaakcentowano wątek obyczajowy: życie prywatne (w tym historię jej romansu po śmierci męża) i rodzinne Marii. Co ciekawe, film o historii Marii Curie (również wyprodukowany w kooperacji kilku krajów, w tym Polski i Francji) kiedyś już powstał (w 1991 roku) i był znacznie obszerniejszy (w 3 częściach).

Temu nowemu filmowi brakuje dynamiki, da się wyczuć dłużyznę mimo ledwie stuminutowej produkcji. I nie jest to wina nudnego życia Skłodowskiej. Zwyczajnie pominięto ogromną część jej życia i ważnych wydarzeń takich jak I Wojna Światowa, jej spotkania z prezydentami Stanów Zjednoczonych (ukazano za to jeden epizod z Albertem Einsteinem, którego zagrał Piotr Głowacki). Mało kto wie np. że w rok po śmierci Skłodowskiej, jej córka Irene również otrzymała nagrodę Nobla. Takich elementów nie wpleciono w opowieść ze szkodą dla całego filmu, który rzekomo ma cechy produkcji biograficznej. Jakże inaczej, znacznie korzystniej na tym tle wypada przedstawienie w filmie „Sztuka kochania” historii losów Michaliny Wisłockiej (premiera tego odbyła się ledwie kilka tygodni wcześniej, a film stał się sukcesem kasowym w Polsce).

W mojej ocenie film „Maria Skłodowska-Curie” to jakby historia reklamowa mająca uzasadnić wielką rolę napromieniowywania pacjentów radem jako rzekomo świetnej techniki leczenia raka. Wykorzystywanie w praktyce pierwiastków promieniotwórczych nie jest wybiórcze i co prawda doprowadza do uśmiercania komórek nowotworowych, ale jednocześnie też i zdrowych. Przemilczano fakt tego, że Maria Skłodowska-Curie zmarła na chorobę popromienną (w filmie pokazano jedynie kilka scen z jej napromieniowanymi poparzonymi palcami).

Nawiązując jeszcze do polskiego wkładu aktorskiego w ten film, to warto podkreślić fakt kilku ról drugoplanowych, które przypadły Polakom: Izabeli Kunie, Danielowi Olbrychskiemu i Janowi Fryczowi. Film z pewnością nie stanie się hitem kinowym, co potwierdza frekwencja z premierowego weekendu. Mimo tych niedostatków jest to dobra pozycja dla osób, którzy nie oczekują prostych historii znanych z komedii romantycznych. Niezdecydowanym polecam zwiastun filmu:

Facebooktwittergoogle_plus

7 komentarzy

  1. Nihil Novi 8 marca 2017 Odpowiedz
  2. Marta 8 marca 2017 Odpowiedz
  3. Rykoszetka 8 marca 2017 Odpowiedz
  4. Kinga 10 marca 2017 Odpowiedz
  5. Bookiecik 11 marca 2017 Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge